‘ Chce, potrafię, wzniosę się... ’ słowa płynące z radia coraz bardziej upewniały mnie, że po raz kolejny coś co mogłoby się wydawać niemożliwe, przybiera całkiem realny kształt.
I tu się nasuwa pytanie- skąd się bierze tzw. skrajność? Jak to jest, że kiedy człowiek zaczyna wierzyć we własne marzenia, co więcej- kiedy jedno z tych największych staje się rzeczywistością, z nieznanego źródła pojawia się wiara. Taka wiara, co pozwala ufać, ze wszystko ( kładę nacisk na każda literę tego słowa- choć tak spowszedniałe kryje w sobie niewyobrażalną potęgę) dosłownie wszystko potoczy się najprostszym torem. Niezdefiniowana lekkość duszy, magiczny spokój, gdzieś głęboko nutka strachu, zaraźliwy optymizm...ileż to uczuć kryje się w tak kruchej postaci- człowieku. I całość za sprawą kroku – dokładnie kroku- ku swoim marzeniom. Czyż to nie skrajność?
‘Pokonaj więc siebie, pokonaj siebie...’ huczało z głośników w sobotnie popołudnie, a ja odbierałam to za przerażająco wielką motywację. Pewność z jaką układałam swoje myśli, bez wątpienia towarzyszyła mi przez kilkanaście następnych godzin. Potem pojawiło się całkiem sympatyczne przyzwyczajenie- nie czułam fizycznego bólu- a może jeszcze wtedy go nie było...- czułam tylko satysfakcję i jakąś głęboką, dorosłą radość...
Kiedy człowiek ‘kipi’ z radości inne uczucia, choć obecne, Reżyser Życia obsadza w jakieś epizodyczne role. I znów pojawia się wiara- zawsze w momentach szczęścia. Smutek nigdy nie szepnie do ucha ‘ ... reszta
chyba jest w porządku ... ’
Dzień mijał za dniem. Wiedziałam, że choć więcej do pokonania pozostaje wciąż przede mną, z ufnością starałam się kroczyć dalej...tak bardzo przecież chciałam odnaleźć siebie. Wierzyłam, ze każde towarzyszące mi wtedy uczucie nauczy mnie na nowo pokochać siebie, przywróci mi upragniony spokój. Pewnego wieczoru coś się zaczęło psuć. Bolały mięśnie, bolał brzuch...działo się tak szybko, tak źle- nie mówiłam o tym jak bardzo. Po dwóch godzinach zwymiotowałam. Noc minęła na czuwaniu, o 4:26 dla mnie zaczął się nowy dzień. Spowity bólem i strachem. ‘Nowy dzień tak bardzo sie go boisz! Nieprzytomna z bólu czekasz na sen ...’- słyszałam gdzieś choć można powiedzieć byłam z daleka od cywilizacji umożliwiającej mi usłyszenie tych słów z jakiegokolwiek głośnika. Nie było poprawy. To był początek koszmaru.
Zastanawia mnie jak to się dzieje, że kiedy opuszcza nas radość, opuszcza wtedy nadzieja i wszystko co mogłoby wyzwalać w nas dobre emocje. Pojawia się smutek, nieokrzesana rozpacz i słowa, które mają opisać obecny stan a w żaden, nawet najprostszy sposób, nie odzwierciedlają nawet części towarzyszących uczuć. Mimo wielu alarmów z otoczenia, nieudolnych prób podnoszenia na duchu zamykamy pewien rozdział wykazując się obojętnością i niezwykle perfekcyjnie znajomością wyrazu na ‘d’, anatomii człowieka oraz końcowych odcinków układu pokarmowego. Człowiek staje się niczym bezbronny pies- zbity, samotny i najlepiej czuje się we własnym kącie.
Poddałam się do połowy- o ile tak się w ogóle da. Choć psychicznie miałam cień nadziei, to fizycznie nie miałam już takiej siły, było coraz ciężej. Każdy krok wbijał gwoździe w moje mięśnie, głowę, żołądek się skręcał. Wszystko działo się tak szybko. Sama nie wiem dlaczego nie posłuchałam ludzi wkoło... Fakt- zrezygnowałam, wtedy w uszach cichutko zadźwięczał głos p. Markowskiego ‘... trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść- niepokonanym...’. Po raz kolejny na policzkach pojawiły się ciężkie krople- choć po niebie biegały ołowiane chmury nie padało. Płakałam.
Nie pierwsza stwierdzę, że w życiu człowieka radość idzie w parze ze smutkiem. Czasem może tylko ustąpią miejsca melancholii. To tak, jakby zaplatać warkocz z trzech różnych odcieni wstążki. Stosownie dobrane kolory mogą stworzyć magiczna kompozycję... Podobnie jak z życiem- każde uczucie ma swój kolor, połączone z innymi potrafi zaskakiwać. Bo przecież każdy jest stylistą własnego życia.
Wróciłam. Nie płakałam już. Nie chciałam, nie mogłam, nie wiedziałam po co. Pogodziłam się z tym. Miałam tylko jakiś nieokreślony żal, że nie udało się. Nie wiem dlaczego, choć tłumiony, wciąż czasem delikatnie o sobie przypomina. Nie pokonałam siebie...chyba nie dostaje się dwa razy nadludzkich możliwości... zakosztować czarów i chęć stosowania ich zawsze w trudnych momentach-niemożliwe. Cieszę się z tego co dawało mi radość... i wciąż towarzyszy mi piosenka na ustach: ‘ ... chwila która trwa może być najlepsza z Twoich chwil ’.
Los nam wszystkim jednakowo dany. Niejednakowe są drogi jakimi nas prowadzi. Najważniejsze to znaleźć taką, która nie będzie zbyt łatwa. Każda trudność to nowe doświadczenie. Nowe doświadczenia to bogatszy emocjonalnie człowiek.
____________________
Do D.
‘Przyjaźń nie potępia w chwilach trudnych, nie odpowiada zimnym rozumowaniem: gdybyś postąpił w ten czy tamten sposób... Otwiera szeroko ramiona i mówi: nie pragnę wiedzieć, nie oceniam, tutaj jest serce, gdzie możesz spocząć.’
Jestem człowiekiem, popełniam błędy... Nie wiem co i czy w ogóle coś zrobiłam źle.
Pamiętasz J. Twardowskiego? „Można milczeć i milczeniem kogoś ranić”.
Dodam od siebie, że najtrudniej jest żyć w niepewności kołysząc do snu samotność.
Tęsknię. Za Twą obecnością.
____________________
Fragmenty piosenek pochodzą z utworów:
Feel & Iwona Węgrowska- Pokonaj siebie
Happysad - Jeszcze, jeszcze
Muchy - Nieprzytomna z bólu
Perfekt - Niepokonani
____________________
Nastrój:
tagi: